Polichromię komorowickiej kaplicy cmentarnej wykonał uczeń Jana Matejki.
Pochodzący z Wiśnicza, w dojrzałym wieku osiadły w Oświęcimiu Adam Giebułtowski był nie tylko uczniem Jana Matejki, ale również krewnym jego żony Teodory de domo Giebułtowskiej.
Chociaż sztuki malarskiej uczył się u mistrza płótna i palety, swoje życie artystyczne skupił na wnętrzach świątyń. Najwięcej jego praz można znaleźć w zachodniej Małopolsce, w Oświęcimiu i okolicach, do których historycznie zaliczyć trzeba również Komorowice – onegdaj należące do dekanatu oświęcimskiego, który pięćset lat temu sięgał aż po Pszczynę.
Adam Giebułtowski zdobił ściany i sufity. Jego prace można znaleźć w Głębowicach, Porębie Wielkiej, Osieku i w samym Oświęcimiu. 75 lat temu – w roku 1951 – ks. Franciszek Smolarek zamówił u Adama Giebutłowskiego wykonanie polichromii – barwnych zdobień ścian wnętrza kościoła komorowickiego. Prace trwały ponad rok. 2 lipca 1952 roku – na obchodzone wówczas święto Nawiedzenia NMP – do Komorowic przyjechał krakowski biskup pomocniczy Stanisław Rospond i poświęcił świeżo uczynioną poliochromię.
Dzieło Giebułtowskiego do dziś wprawia w zachwyt. Trudno się dziwić, że także jemu ks. Smolarek zlecił malowanie wnętrza kaplicy cmentarnej. Artysta wykonał tutaj swoją pracę w 1955 roku. Oprócz zdobień uwagę przykuwa scena opłakiwania Matki Boskiej Bolesnej nad zdjętym z krzyża ciałem Jezusa.

Madonna nosi czerwoną suknię – znak źródła cielesności Chrystusa oraz symbol krwi i cierpienia. Ma biały welon – znak niepokalaności i dziewictwa. Obszerny płaszcz, który zakrywa Matkę Bożą od stóp do głów jest symbolem wspomnianej w scenie Zwiastowania „Mocy Najwyższego”, która Ją okrywa. Matka Boska wzrok unosi w niebo, jakby raz jeszcze mówiła „oto Ja, Służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa Twego”. Dłonie trzyma złożone jak do modlitwy. A na kolanach kołysze do snu śmierci Jezusa, którego ciało zdjęto z krzyża. To rzeczywiście tylko „sen”, z którego Jezus zbudzi się po – jak chce tradycja – czterdziestu godzinach w Noc Zmartwychwstania. Ciało Jezusa nosi ślady męki – rany na dłoniach, stopach i boku. Jego głowę wciąż „zdobi” jeszcze cierniowa korona. Ciało jaśnieje a głowę otacza promienisty nimb.
Scenie opłakiwania towarzyszą dwaj aniołowie, adorujący Pietę. Uskrzydleni są i odziani w białe szaty. Pewnie to ci sami, którzy po odsunięciu kamienia od grobu przekażą niewiastom i uczniom wieść o Zmartwychwstaniu. Tymczasem zbierają pamiątki – „arma Christi” – dosłownie „uzbrojenie Chrystusa” czyli narzędzia Męki, poprzez które zwyciężył śmierć, piekło i szatana. Jeden z aniołów trzyma włócznię, którą setnik przebił bok Jezusa, trzcinę z nasadzoną gąbką – przy jej pomocy pojono Jezusa octem – oraz koronę cierniową. Drugi z aniołów odnalazł rzymski bicz z rękojeścią, rzemieniami i ostrymi, rwącymi ciało kulkami z metalu. W lewej dłoni trzyma młotek i trzy gwoździe.
W tle widać drewniany filar – pionową belkę krzyża. Gdzie jest reszta? Chciałoby się powiedzieć za Norwidem: „Gdzie się podział krzyż? Stał się nam bramą.”
Wizerunek flankują uskrzydlone klepsydry odmierzające czas, symbolizujące jego upływ. Za nimi widać niebo – krainę wieczności, gdzie nie ma już czasu ani przemijania.




