Ogień w kościele

Neogotycką wieczną lampę z postaciami dwunastu apostołów do naszego kościoła 90 lat temu ufundowała rodzina Pinkasów.

Lampa zawieszona jest u sufitu (a dokładnie na strychu i opuszczona przez otwór w suficie) na długim łańcuchu, niemal nad stołem ołtarzowym. Na jej szczycie pali się czerwona żarówka elektryczna. Lampa w obwodzie a kształt sześciokąta. Na każdej z sześciu ścianek widnieją postaci dwóch apostołów. Mosiężna lampa ma bogate zdobienia, odpowiadające neogotyckiemu wystrojowi wnętrza naszego kościoła. Jest symbolem wiecznego ognia i wskazuje na fakt przechowywania w kościele Najświętszego Sakramentu. W każdym kościele (kaplicy) katolickim, gdzie przechowuje się Najświętszy Sakrament, pali się wieczna lampka. Stanowi o tym nawet prawo kanoniczne (par. 940). Pali się, ale się nie spala – jak krzak Mojżesza u stóp góry Horeb na Półwyspie Synaj.

Pan Bóg lubi lubi ogień. W postaci płomienia przesunął się między połówkami ofiarnych zwierząt, zawierając przymierze z Abramem (Rdz 15,17). Ogniem z nieba wchłonął ofiarę przygotowaną przez Eliasza (1 Krl 18,38). W językach ognia objawił zesłanie Ducha Świętego (Dz 2,3). Jezus przyszedł ogień rzucić na ziemię (Łk 12,49), sprawił także, że serca uczniów idących do Emaus „pałały” czyli płonęły żarem ((Łk 24,32). Słupem ognia prowadził Naród Wybrany do Ziemi Obiecanej (Wj 13,21). A Mojżeszowi ukazał się nie inaczej, jak tylko w płonącym krzewie (Wj 3,2). Tę właśnie scenę – być może nieświadomie – odgrywamy przychodząc do kościoła.

Nasza wieczna lampa w całej krasie.

Kilka słów o historii wiecznej lampki. Kościół zrazu nie myślał o takim świetle, by nie utożsamiać się z pogaństwem. A właśnie religia Rzymu i Grecji pielęgnowała zwyczaj nieustannego podtrzymywania światła-ognia w swoich świątyniach, tudzież zapalania lampek przed posągami bóstw. Jeżeli gdzieś przechowywano Najświętszy Sakrament, Jego obecność podkreślano kwiatami albo jakąś kolorową dekoracją. Dopiero w XII wieku w klasztorach francuskich z Cluny na czele pojawiły się wiecznie płonące lampki. Na początku XIII wieku sprawa wiecznej lampki stanęła nawet Soborze Laterańskim i zaczęła się upowszechniać w całym kościele. Na polskiej ziemi pierwsza wieczna lampka zapłonęła w katedrze na Wawelu. Ufundował ją pouczony soborowymi wzorcami nasz kronikarz, biskup Wincenty Kadłubek. Nie tylko sprawił lampkę ale i solidny zapas oliwy do niej. Legenda mówi, że dla zyskania środków na zakup paliwa spieniężył dwie (inne wersje utrzymują, iż nawet siedem) wiosek biskupich.

Zrazu dbano o to, by wiecznych lampek było pięć – jak panien roztropnych z lampami i zapasem oliwy, co czekały na Oblubieńca-Chrystusa. Później liczby tej poniechano. Lampki wieszano u sufitu, nad tabernakulum lub obok niego. Lampki miały być umieszczone tak, by było je widać przez choć jedno okno z zewnątrz – aby nawet przechodnie z daleka widzieli ów krzew gorejący i poznali obecność Pana.

Za światło odpowiedzialny był proboszcz. Gdyby zabrakło oliwy, awaryjnie musiał zapalić świecę. Miał na to pół godziny. Jeżeli zaniedbał swojego obowiązku, zaciągał winę grzechu ciężkiego i musiał się z zaniedbania spowiadać.

Dopiero w przybliżeniu widać postaci 12 apostołów na 6 ścianach lampy.

Nie do pomyślenia było, iż wieczna lampka miałaby być zasilana czymś innym, niż oliwą. Ale na początku XX wieku zaczęła się upowszechniać elektryfikacja, która nie ominęła także kościołów. Lampki oliwne zaczęto zastępować elektrycznymi. Oburzyło to niektóre kręgi kościelne tak mocno, że 24 czerwca 1914 roku Stolica Apostolska wydała surowy zakaz używania prądu do zasilania wiecznych lampek. Zakaz pozostał martwy za sprawą I wojny światowej. Wojenne braki i zniszczenia usankcjonowały żarówki z czerwonej oprawie w miejsce lampek z chybotliwym płomieniem. Choć nadal zaleca się, aby źródło światła wiecznego przez kościelnym tabernakulum pozostało naturalnym.

Wieczna lampka powiela schemat znany z żydowskiej świątyni a po jej zburzeniu – z synagogi. W świątyni paliła się nieustannie złota menora – świecznik z sześcioma ramionami, wyrastającymi z pnia, uwieńczony uchwytami w kształcie pąków i kwiatów migdałowca, w których płonęło siedem oliwnych lamp. Świecznik (Menorę), jako iż był szczerozłoty, zrabowano. Na pamiątkę w synagogach pali się nieustannie „ner tamid”, symbolizująca wieczną światłość jako znak obecności Najwyższego. Ner tamid pali się przed aron ha-kodesz – czymś w rodzaju ołtarza z tabernakulum. W synagodze jest to umieszczona na wschodniej ścianie (jak tabernakulum w naszym kościele} i zawiera ukryte w szafce z drzwiczkami zwoje Tory.

Lampa komponuje się z neogotyckim wystrojem wnętrza naszego kościoła.

Tradycja podaje, że ów krzew płonący przed Mojżeszem był krzewem ciernistym. Najwyższy wybrał taką roślinę, żeby udowodnić swą potęgę – skoro może przebywać nawet w czymś tak marnym i podłym jak ciernisty krzew, to znaczy, że może przebywać wszędzie.

Krzew płoną ale się nie spalający Ojcowie Kościoła tłumaczyli jako znak dziewictwa Maryi („Tyś krzak Mojżeszów, boskim ogniem gorejąca” – śpiewamy w Godzinkach). Krzew płonął ale się nie spalił – tak samo Jezus narodził się z Maryi, nie naruszając (spalając) dziewictwa swej Matki.

Naukowcy przypuszczają, że owym krzewem mógł być – choć pozbawiony kolców – dyptam jesionolistny. To barwna roślinka o aromatycznym zapachu. Podobno olejki, które są jego nośnikami, są także łatwopalne o mogą ulec samozapłonowi już w temperaturze niewiele ponad 40 stopni, o jaką na pustyni aż tak trudno nie jest. Dyptam rośnie i u nas (np. na Śląsku Cieszyńskim), jako ozdoba barwnych kwietników (pachnie, ale się nie pali). Nawet jeżeli to był ten krzew i uległ samozapłonowi, to i tak stało się to dla przykucia uwagi Mojżesza. W tym przypadku Najwyższy jest bez porównania ważniejszy, niż ów krzew, który oznacza Jego obecność. To dokładnie tak, jak z tabernakulum i wieczną lampką w naszym kościele.

Dołącz do wspólnoty